niedziela, 16 lipca 2017

Chapter 26: Explosions

  Wkroczyliśmy do galerii Hudson. Były ogromne tłumy, a my mieliśmy odszukać Celine. Nie widzieliśmy jej na oczy, ale tatuś podrzucił nam ich wspólne zdjęcie.
    - Popatrz, a to nie ona? - zapytała Shaylin.
   - Nie. Za gruba i ma trochę inne włosy.
   - Mam pomysł. Rozdzielmy się. Ja wezmę dwa pierwsze piętra, a ty dwa kolejne. W ten sposób szybciej ją znajdziemy - zaproponowała brunetka.
   Spojrzałem na nią kpiącym wzrokiem. Ja już dobrze wiem co jej po głowie chodziło.
  - Nie, moja droga. Ja muszę cię pilnować. Jeszcze poderwiesz jakiegoś zboczeńca czy coś. I kto wtedy będzie miał wyrzuty sumienia? No oczywiście, że ja.
   Shaylin skrzywiła się i pokręciła głową. Po chwili podeszła do mnie i zaczęła szeptać mi do ucha.
   - Jesteś po prostu zazdrosny. Zrozum to w końcu.
   Ja zazdrosny? Śmieszne. Mam Raquel. Na co mi Shaylin?
   - Nie będę wdawał się z tobą w dyskusję. Jestem w szczęśliwym związku, a ty usiłujesz mi go zepsuć. Ogranij się, kobieto - powiedziałem poważnym tonem.
   Dziewczyna wzruszyła ramionami i już nic nie powiedziała. Zgasiłem ją. Ja to wiem. Ja to czuję.
   Tak czy inaczej, nie wspominała już nic o rozdzielaniu i wspólnie ruszyliśmy na poszukiwania niejakiej Celine.
  Wiele kobiet było do niej bardzo podobnych, więc mieliśmy do pokonania dużo trudności. Udało nam się ją odszukać tuż pod jednym ze sklepów z eleganckimi i drogimi ubraniami.
   - Celine, Celine! Tak się cieszę, że cię widzę! - Do naszej zguby podbiegła średniego wieku kobieta z torbami pełnymi zakupów. Wyglądała na niezwykle uradowaną. 
   - Sally, co u ciebie słychać? - zapytała Celine obejmując znajomą. Ja i Shaylin staliśmy tuż za kolumną. Zachowywaliśmy się normalnie, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń.
   - Nie uwierzysz, ale mój Fred bierze ślub w przyszłym miesiącu! Jestem z niego taka dumna - Sally energicznie rozpięła swój ciemnozielony płaszcz i uśmiechnęła się promiennie.
  - No to bardzo się cieszę, że coś mu się w życiu udało. A ja muszę cię o czymś poinformować. Tylko nie zemdlej z wrażenia - zaśmiała się Celine odgarniając ręką włosy.
   - Co się stało? Mów szybko. - Sally była bardzo podekscytowana. Najwidoczniej dawno nie słyszała żadnych świeżych ploteczek.
   - Spodziewamy się z Claudio maleństwa.
   Kiedy to powiedziała, myślałem, że zemdleję. Zrobiło mi się jakoś duszno. Oparłem się o kolumnę i próbowałem złapać oddech. Rozpiąłem koszulę i poluzowałem krawat.
   - Robbie, co się dzieje? - Brunetka bardzo przejęła się moim stanem. Ja natomiast machnąłem obojętnie ręką i wyszeptałem ostatkiem sił, że zaraz mi przejdzie.
   Czy zdarzały mi się wcześniej takie ataki? No tak, ale bardzo rzadko.  Zazwyczaj jak byłem w dużym szoku lub kiedy coś mnie bardzo, ale to bardzo zdenerwowało. Tutaj chyba nie muszę wyjaśniać co było powodem.
   Shaylin pobiegła do pobliskiego automatu i nalała mi trochę wody. Kiedy się jej trochę napiłem, poczułem ulgę. Mogłem wrócić do roboty. W końcu po coś tu jestem, prawda?
 
   Celine razem ze swoją przyjaciółeczką nadal stały w tym samym miejscu. Plotki i ploteczki, kurwa.
   - Ja tam myślę, że pokoik powinien być w urządzony w jasnych kolorach. Wiesz, dzieci lubią jaskrawe barwy. - Sally mówiła z niezwykłym przejęciem, a Celine słuchała jej uważnie.
 
   Niech mu całe życie zaplanują. Nieważne, że jest jeszcze tylko małą fasolką.
   - Robbie, spójrz! - Krzyk Shaylin wyrwał mnie z otępienia. Brunetka wskazywała na jakąś dziwną kobietę. Była ubrana w jasnoróżowy płaszczyk, a jej twarz była zasłonięta czarną chustą. Oprócz tego trzymała coś w ręce i powolnym krokiem zbliżała się do rozmawiających kobiet.
   Wymieniliśmy się z Shaylin spojrzeniami. Dobrze wiedzieliśmy, że musimy być gotowi w każdej chwili.
   Kobieta w różowym płaszczyku szybko podbiegła do Celine i wrzuciła jej coś do torebki. Coś co wrzuciła, zaczęło dziwnie pikać. Shaylin pobiegła po torebkę, a ja ruszyłem w pościg za kobietą. Ludzie zamarli z przerażenia.
   Dość szybko znalazłem się przy podejrzanej. Chwyciłem ją w pasie, jednak zostałem przez nią zaatakowany gazem pieprzowym. Psiknęła mi nim w oczy. Zdezorientowany upadłem na jeden z regałów. Rzeczy, które się na nim znajdowały, runęły na mnie z hukiem.
Poczułem, że coś ciężkiego przytrzasnęło moją rękę.
   Po chwili słyszałem jak ludzie wybiegają z galerii. Wiele kobiet piszczało. Cholera jasna! Nie mogłem się ruszyć.
   Próbowałem wstać, ale nie mogłem. Jedna ręka w cholerę mnie bolała, a moje oczy piekły mnie niemiłosiernie.
   - Robbie! Cholera jasna!
   - Maxwell, odezwij się !
   Słyszałem rozpaczliwe krzyki Shaylin. Może rzeczą, którą podrzuciła ta kobieta była bomba? Pierdolę. Chociaż chwila... Pikanie przecież ucichło.
   - Shaylin! Tu jestem! - krzyknąłem głośno. Mimo to, nie byłem pewny czy mnie usłyszy w tym gwarze i szumie.
Miałem jednak choć trochę nadziei.
   Po chwili dziewczyna zaczęła zabierać rzeczy, przez które byłem uwięziony.
   - Wstawaj - nakazała ciągnąc mnie za rękę. Zrobiłem to z ogromnym oporem i ledwo utrzymywałem równowagę. Moje nogi całe się trzęsły i odmawiały posłuszeństwa.
   - Robbie, ruszaj się. Tu jest bomba - prosiła ze łzami w oczach.
   Zacisnąłem zęby i szedłem tak szybko jak tylko mogłem. Bolało w cholerę, ale starałem się jak tylko mogłem. Shaylin ciągnęła mnie za rękę, co było dla mnie dużą pomocą.
   Po około pięciu minutach, stanęliśmy przed wyjściem. Zostało tak niewiele. Byłem szczęśliwy.
   Jednak chwilę przed przekroczeniem progu nastąpił mocny wybuch, który skierował mnie na pobliską ścianę. Poczułem jak moja skóra płonie, a różne rzeczy odbijają się ode mnie. Słyszałem piski dzieci i kobiet. To był najgorszy widok w moim życiu. W końcu straciłem przytomność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentujesz?
Motywujesz! :)